Hierarchia kluczem do sukcesów

Zimowe okienko transferowe w Polsce zupełnie przypadkowo przyniosło ze sobą powiew… normalności. Przejawia się ona głównie za sprawą Legii i jej prezesa, Bogusława Leśnodorskiego. Jego najwięksi fani najchętniej wybraliby go na papieża podczas zbliżającego się konklawe.

Problemem ligi polskiej jest rozproszenie najlepszych zawodników po wielu klubach. W „normalnie” funkcjonującej lidze na średnim poziomie 2-3 najlepsze kluby w kraju powinny skupiać śmietankę ligi. Wypromowałeś się w Lechii Gdańsk? Jeśli nie zainteresował się tobą żaden poważny zagraniczny klub, powinieneś przejść do Legii Warszawa. W ten sposób swój sukces zbudowali Rumuni, którzy w sezonie 2005/2006 byli wg rankingu krajowego UEFA najlepszą ligą w Europie. Steaua Bukareszt zagrała w półfinale Pucharu UEFA eliminując rundę wcześniej Rapid Bukareszt, a trzeci zespół ze stolicy – Dinamo – odpadł w fazie grupowej tychże rozgrywek. Na czym polegała siła Rumunów? Najlepsi piłkarze z całej ligi przechodzili do tych trzech klubów, absolutnych hegemonów. Dało to wspaniałe efekty, dzięki czemu rumuńskie kluby przez kilka następnych lat nie musiały martwić się o regularną grę w Lidze Mistrzów.

W Polsce taka sytuacja w ostatnim czasie nie miała miejsca. Wyróżniał się zawodnik X z takiego Górnika, który stawiał zaporową cenę dla zainteresowanej jego usługami Wisły Kraków, w efekcie czego taki piłkarz odchodził za granicę lub marnotrawił talent w obecnym klubie. Nawet jeśli udało mu się odejść do innego polskiego zespołu, to zazwyczaj w przypadku wygasającego kontraktu, co nierzadko oznaczało kilka miesięcy „tortur” ze strony wściekłego prezesa.

W tym okienku to się zmieniło, paradoksalnie dzięki paranoi panującej na krajowym podwórku. Tomaszowie Brzyski i Jodłowiec oraz Wladimer Dwaliszwili należą do zdecydowanie wyróżniających się ligowców. Sięgnęła po nich Legia. Kiedy ostatni raz jakikolwiek polski klub w przeciągu miesiąca wyciągał podstawowych piłkarzy mistrza kraju i lokalnego rywala będącego na półmetku rundy na podium rozgrywek? Lech Poznań w ten sam sposób wyciągnął Łukasza Teodorczka. Oczywiście, te transfery mają pewną „skazę” – wszystkie powiązane są z Polonią Warszawa, z jasnych względów nie mogącej być uznawaną za wzór zarządzania nowoczesnym klubem piłkarskim, lecz trend znacznie przybrał na sile.

Dla polskiej piłki nożnej najlepszym rozwiązaniem jest wytworzenie się dwóch, trzech czołowych klubów, które znacznie wyrastałyby ponad resztę. Może i – parafrazując klasyka – „liga byłaby mniej ciekawa”, lecz w europejskich pucharach nie musielibyśmy wstydzić się za występy reprezentantów Polski podobnie jak i na Eurowizji. Ostatnie trzy lata przyniosły trzech różnych mistrzów, w maju ta liczba może dobić do czterech. Wahania pozycji są ogromne – Lech po zwycięskim sezonie następne rozgrywki skończył na 5. miejscu, Wisła 7., Śląsk jest obecnie 5. Wrocławski zespół w 2011 roku został wicemistrzem, rok wcześniej zajmując 9. pozycję. Ekipa z drugiego miejsca z 2012 roku, Ruch Chorzów, poprzednie rozgrywki ukończył na 12. miejscu.

Z tym problemem borykają się również… Anglicy. Dopóki istniało Top Four (do 2009 roku) przedstawiciele Premier League kapitalnie radzili sobie w Lidze Mistrzów. W 2007 w półfinale LM zameldowały się trzy angielskie drużyny, tak samo jak rok i dwa lata później. Następnie coś się zacięło. W 2010 Arsenal i Manchester United odpadły w ćwierćfinale, Chelsea w 1/8, a Liverpool nie przebrnął przez fazę grupową. W 2011 trzy drużyny awansowały do ćwierćfinału, lecz tylko Manchester przebrnął tę fazę i przegrał w finale. Zeszłoroczną edycję ciągle mamy w pamięci, już w ćwierćfinale na placu boju pozostała tylko Chelsea, która sensacyjnie wygrała całe rozgrywki. W tym roku drugi raz z rzędu tylko dwie ekipy awansowały z fazy grupowej, a Arsenal szanse na kwalifikację do 1/4 pogrzebał już w pierwszym meczu. W grze pozostały wyłącznie „Czerwone Diabły”.

Dziś w Anglii mamy do czynienia nie z 4, lecz 7 czołowymi ekipami. Oczywiście jedne są bardziej atrakcyjne od innych, lecz wszystkie mają ambicje by grać w Lidze Mistrzów, co przekonuje potencjalnych chętnych do gry w ich zespołach. Wydaje się, że podobny problem nastąpił w Holandii. Dopóki w Eredivisie dominowały Ajax Amsterdam i PSV Eindhoven reprezentanci tej ligi znaczyli coś w Europie, zespół ze stadionu Phillipsa dzieliły sekundy od doprowadzenia do dogrywki w półfinale Ligi Mistrzów. Ostatni raz reprezentant Holandii wystąpił w fazie pucharowej LM w 2007 roku, dokładniej PSV w ćwierćfinale. Od sezonu 2008/09 gdy po mistrzostwo sięgnęli piłkarze AZ Alkmaar, a następnie Twente pokonanie fazy grupowej stanowi „mission impossible”. Dlatego też na sile zyskuje liga portugalska, gdzie podział ról jest jasny – wszystkie najsmakowitsze kąski idą do Porto lub Benfiki, a w następnej kolejności do Bragi czy Sportingu. Hierarchia jest zachowana.

Powracamy do ligowej rzeczywistości. Jak wiadomo pieniędzy w Ekstraklasie na pensje nie brakuje, prezesi są bardzo szczodrzy, lecz obcokrajowcy ściągani znikąd nie gwarantują jakości. Wystarczy przypomnieć „truskawkowy” zaciąg Legii – Cabral, Antolović, Manu, Mezenga, Kneżević, Vrdoljak. Na dłuższą metę sprawdził się wyłącznie ten ostatni, całą resztę bez żalu pożegnano mimo iż posiadali jak na ligę polską bardzo ciekawe CV, a Cabral został nawet mistrzem Argentyny. Przykłady świadczące o niezwykłej specyfice polskiej ligi można wymieniać długo – Blanco, Novo, Boukhari, Rios, Paljić, Lamey, Iliev, Jaliens. Po nich wszystkich spodziewano się nieco lub dużo więcej niż rzeczywiście zaprezentowali.

Ściągając wyróżniających się zawodników z innych klubów Ekstrklasy to najlepszy sposób na ograniczenie wpadek transferowych do minimum. Po Dwaliszwilim, Brzyskim, Jodłowcu i Teodorczyku wiadomo, czego można się spodziewać. Trudno się spodziewać, by którykolwiek z nich okazał się spektakularną wtopą transferową taką jak chociażby Marko Suler. Kolejni obcokrajowcy ściągani za grube pieniądze z Bałkanów czy Ameryki Południowej nie gwarantują niczego, jest to jak otwieranie puszki pandory, w której z góry wiadomo, iż w 95% kończy się to katastrofą. Jeśli Legia czy Lech staną się potentatami w naszej lidze, z pewnością wpłynie to korzystnie na wyniki w europejskich pucharach i samopoczucie kibiców, którzy nie będą musieli popełniać zbiorowych samobójstw ze względu na stan polskiej piłki nożnej.

1 comment

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: