Bycie mistrzem to nie wszystko

– Na tytuł szlachecki zasłużyłaby drużyna z Dortmundu, gdyby skutecznie grę w Bundeslidze połączyła z występami na arenie międzynarodowej, a to się jej nie udało – mówił w kwietniu tego roku Uli Hoeness o Borussii Dortmund. Wśród kibiców tego klubu zawrzało, zwłaszcza tych w Polsce, gdzie mistrz Niemiec jest niemal ubóstwiany. Jak można wypowiadać się w ten sposób o drużynie, która zdobyła dwa mistrzostwa z rzędu? Jak się jednak okazuje – można i negowanie tego faktu świadczy o braku zrozumieniu realiów futbolu. Od tego czasu niewiele się zmieniło w tej kwestii. Podopieczni Jurgena Kloppa w poprzednim sezonie świetnie prezentowali się w Bundeslidze, natomiast zawodzili w Lidze Mistrzów; w tym jest zupełnie na odwrót.

Zespół, który musi skupić się na walce na jednym lub dwóch frontach (liga i puchar kraju), ma na starcie olbrzymią przewagę nad tym, który dodatkowo walczy o najwyższe laury w europejskich pucharach. Gdy Borussia odpadła z Ligi Mistrzów w grudniu zeszłego roku, mecze co trzy dni stały się historią – rywale z Bayernu Monachium nie mieli tego komfortu, przez co nie mogli dotrzymać tempa narzuconego przez Dortmundczyków. Spójrzmy na obecną sytuację. BVB radzi sobie świetnie w grupie śmierci LM, Bayern niewiele gorzej, lecz to ekipa Juppa Heynckesa prowadzi w lidze z porażającą przewagą jedenastu punktów po dziesięciu kolejkach. Proces adaptacji do gry w wielu rozgrywkach musi przebiegać stopniowo. Nie jest przypadkiem, że podopieczni Kloppa w ostatnich dwóch sezonach w pucharach grali wyłącznie do zimy. Wiosną, gdy natężenie spotkań wzrasta, mogli zająć się wyłącznie Bundesligą.

Dlaczego dochodzi do takich różnic? Oczywistą przyczyną jest zwiększone natężenie spotkań. Większe zmęczenie czy częstsze kontuzje to problemy, z jakimi regularnie muszą mierzyć się czołowe ekipy. Bayern doszedł już do poziomu w którym urazy trzech, czterech podstawowych piłkarzy nie są wielkim problemem, skoro ławkę regularnie wygrzewa sprowadzony za 40 mln euro Javi Martinez, a Claudio Pizarro grywa ogony. Gdy do Dortmundu przybył huragan kontuzji, Jurgen Klopp zupełnie się pogubił, zaczął kombinować z ustawieniem, rzucać piłkarzy na nieznane dla nich pozycje, w nieznanych dla nich schematach. Idealny dowód stanowi mecz z Schalke – derby Zagłębia Ruhry, mecz święty, który trzeba wygrać, w dodatku z ówczesnym sąsiadem w tabeli. Nagle w takim momencie Niemiec postanowił zagrać trójką obrońców. Ustawienie 3-5-2 robiące furorę we Włoszech jest bardzo specyficzne i wymaga takich samych wykonawców – nie każdy może grać w tym systemie. Tymczasem na pozycje wingbacka rzuceni zostali Łukasz Piszczek z Kevinem Grosskreutzem, do środka obrony desygnowany został Lars Bender. Eksperyment okazał się niewypałem (porażka 1-2) i nie został powtórzony ani razu.

Zapaść widać chociażby po statystykach bramek. W tym sezonie w 10 meczach Roman Weidenfeller kapitulował 11 razy, podczas gdy w całym poprzednim sezonie wyciągał piłkę z siatki tylko 25 razy. Kuleje przede wszystkim atak – trudno stwierdzić, czy to wina braku Shinjiego Kagawy, nieprzystosowania Marco Reusa do drużyny czy słabszej formy strzeleckiej Roberta Lewandowskiego, lecz w Bundeslidze BVB zdobyło tylko 20 bramek, w zeszłym roku było ich aż 80. Polak nie trafia już jak na zawołanie, lecz grać musi cały czas, gdyż Julian Schieber nie jest piłkarzem na miarę mistrza Niemiec. Od początku poprzedniego sezonu opuścił zaledwie jedno spotkanie – został oszczędzony w strzelaninie z Borussią Monchengladbach, by wypocząć na pojedynek z Manchesterem City. Co ciekawe, właśnie wtedy BVB odniosło najbardziej przekonujące zwycięstwo w tym sezonie. Tyle samo goli co on ma Mario Gotze i kontuzjowany od dłuższego czasu Kuba Błaszczykowski (może to jego nieobecność jest kluczem?), najwięcej trafień ma Reus.

Nie tylko zespół z Westfallenstadion ma problemy, by pogodzić ze sobą grę w kilku rozgrywkach. Po wspaniałym sezonie zakończonym bez ani jednej porażki, Juventusowi Turyn przyszło rywalizować nie tylko w Serie A, ale również Lidze Mistrzów. Efekty są widoczne gołym okiem – mimo iż zwycięstwa w lidze przychodziły seriami, lecz nie były aż tak przekonujące jak dawniej, poza tym więcej mówiło się o błędach sędziowskich na korzyść mistrzów Włoch aniżeli ich fantastycznej dyspozycji. Doszło nawet do tego, że wygrany mecz z Catanią prezes rywali określił jako „śmierć futbolu”. Przeciwnicy Juve strzelili jak najbardziej prawidłową bramkę, która nie została uznana po… protestach ławki rezerwowej Juventusu. Zwycięskie trafienie w tym meczu przyszło ze spalonego. Wszystko zmieniło się w ostatnią sobotę, gdy „Starej Damie” przyszło uznać wyższość Interu Mediolan. To nie była przypadkowa porażka czy brak szczęścia tego dnia. Rywale po prostu okazali się dużo lepsi.

W przeciwieństwie do Borussii Dortmund Włosi dobrze radzą sobie w lidze, zupełnie zawodząc na arenie międzynarodowej. Podopiecznym Antonio Conte nie robi żadnej różnicy, czy mierzą się z Chelsea, Szachtarem czy Nordsjaelland – za każdym razem na tablicy świetlnej widnie wynik remisowy. W europejskich pucharach „Stara Dama” zremisowała dziewięć kolejnych spotkań z rzędu. Seria rozpoczęła się pewnego wrześniowego wieczoru w 2010 roku, podczas którego rozbłysła gwiazda Artjoma Rudniewa. W tym czasie Juventus grał jeszcze na starym stadionie, a po murawie hasał Alessandro Del Piero, Felipe Melo czy Milos Krasić. Minęły zaledwie dwa lata, lecz sytuacja jest diametralnie odmienna. Coś w tym klubie jest nie tak pod tym względem. Czy gra w Serie A aż tak się różni od spotkań z przedstawicielami innych lig? Ci piłkarze naprawdę potrafią grać w piłkę, nie tylko ją kopać, więc ta niemoc jest absolutnie niezrozumiała.

 

Problemem Włochów jest brak klasowego napastnika. W obecnym sezonie Serie A bramki strzelało dwunastu różnych zawodników, a najlepszym strzelcem jest… Arturo Vidal, z czterema trafieniami. Następni w kolejności są Andrea Pirlo, Sebastian Giovinco oraz Fabio Quagliarella. „Atomową Mrówkę” można zaliczyć do napastników od biedy, z pewnością nie jest klasycznym snajperem, natomiast „Quags” gra bardzo rzadko, nie umie przekonać siebie do Antonio Conte. Częściej od niego gra Mirko Vucinić, który strzelił o jedną bramkę mniej. Wypożyczony z Arsenalu Nicklas Bendtner wystąpił trzykrotnie, konta strzeleckiego do tej pory nie otworzył, ledwie raz trafił Alessandro Matri, Simone Pepe siedzi na ławce tylko dlatego, że do protokołu meczowego można wpisać aż dwunastu rezerwowych. W takiej sytuacji nie dziwią nerwowe podrygi turyńskiego giganta, który pilnie poszukuje snajpera. Najpierw miał nim być Gonzalo Higuain, później Robin van Persie, przebąkiwano o Fernando Llorente, Dimitar Berbatov był już w drodze na stadion Juventusu, a ostatecznie sięgnięto po Bendtnera. Celowano w napastników klasy światowej, kibice w zamian otrzymali podupadłego zawodnika z problemami z wagą. Ci zawodnicy nie są świetni nawet na włoskim poletku, co tu mówić o klasie europejskiej. Kolejne podejście pod Llorente planowane jest w styczniu, gdy do końca kontraktu pozostanie mu pół roku. Jednak czy napastnik rozwiąże problemy drużyny Antonio Conte?

Przykłady Borussii Dortmund oraz Juventusu Turyn dobitnie pokazują, że dominacja w kraju nie wystarczy. Z takimi samymi problemami mierzy się chociażby Roberto Mancini i jego Manchester City. Prawdziwą sztuką jest połączenie dobrych występów na kilku frontach jednocześnie, to świadczy najlepiej o klasie drużyny, niezależnie od tego, co mówią fani tych ekip.

3 comments

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: